Upadłe ideały równości w szkolnictwie wyższym w Stanach

My translation of an article entitled College Costs Expose the False Meritocracy of the American Dream written by Chris Arnade. It was originally published on Wednesday 18 June 2014, 12.54 BST.

Koszty szkolnictwa wyższego ujawniają fałszywą merytokrację ideałów równości i wolności wyboru w USA

Koszty edukacji w Stanach Zjednoczonych wzrosły tak wysoko, że tylko bogaci i niezadłużeni mogą sobie na ten luksus pozwolić. System przestał działać.

Kiedy zaczynałem pracę na Wall Street w 1993 roku, byłem chodzącym wyjątkiem z moim doktoratem. Jeden z moich szefów był niedoszłym graczem w baseball, inny był niespełnionym muzykiem jazzowym. Kolejny pracownik miał jeden z najbardziej dochodowych interesów, zarówno w moim banku inwestycyjnym, jak i na całym Wall Street, w przeszłości będąc mechanikiem wind. Ich dyplomy – jeśli takowe posiadali – pochodziły z przeróżnych placówek, nie tylko z najlepszych szkół Ivy League.

Kiedy opuściłem Wall Street kilka lat temu, jedynymi osobami zatrudnianymi byli ci, posiadający umiejętność nie wychylania się. Czyli ci z dyplomami szkół rangi Princeton i Harvardu. Wiecie którzy to. To ci, organizujący kuchnię dla ubogich w ósmej klasie (to znaczy, stali za tym przedsięwzięciem ich rodzice), żeby tylko mieć co wpisać do cv. Ci, którzy uczęszczali na państwowe targi naukowe (to znaczy ich rodzice lub opiekunki spędzali weekendy i noce, pomagając w projektach). Niewielu mogło się pochwalić ścieżką życiową z nędzy do pieniędzy. Większość miała rodziców pracujących już na Wall Street – bogatych, zdeterminowanych do przychylenia dzieciom nieba, nie oglądających się na koszty. W większości, zarówno ich rodzice także pracowali na Wall Street.

Tak jest też w innych miejscach. Na wiele najlepiej opłacalnych stanowisk wymogiem jest dyplom ze szkoły wyższej, lub ukończenie studium dla pracujących. Rzadko zatrudniani są absolwenci szkół państwowych na takie stanowiska. Liczy się tylko najwyższa liga Ivy League, lub im podobne rangą szkoły. Wygląda na bezpieczną zagrywkę.

W tym cały problem. Firmy zrezygnowały ze swojej głównej roli zatrudniania pracowników, przekazując pałeczkę uczelniom wyższym, które zresztą z radością przejęły ten proces, domagając się za to kosmicznych pieniędzy. Chcesz pracę, dzieciaku? To płać 60 tysięcy dolarów rocznie przez cztery lata. Albo jeszcze doczołgaj się do tytułu MBA i płać kolejne dwa lata.

Z tym, że poziom nauki w najlepszych szkołach nie jest radykalnie odmienny od tej w większości szkół państwowych. Szkoły najwyższej ligi nie przygotowują uczniów lepiej do pełnego etatu na Wall Street. Umiejętności finansowych można nauczyć się tylko przez praktykę i intuicyjne działania przez dwa lata pracy przy przeprowadzaniu transakcji.

Szkoły raczej dają wyróżnienie tym, którzy postępują zgodnie z przyjętymi zasadami, wykażą się różnymi mniej przydatnymi umiejętnościami i będą siedzieć cicho. To pokazuje jak bardzo, ale to bardzo chcą być dorośli. I za to zapłacą 60 tysięcy dolarów za rok.

Taki swoisty test. Czy przynależysz do elity merytokracji, gdzie rządzą osoby najbardziej utalentowane, nieprzeciętne inteligentne, które awansowały na swoje stanowiska zgodnie z systemem zasług?

To także stało się barierą zagradzającą przejście do świata profesjonalistów, teraz bardzo kosztowną.

Opłacałem moją szkołę dzięki dorywczej pracy w wakacje. W 1987 roku ukończyłem państwową szkołę wyższą na Florydzie. Bez długów. Mój roczny koszt nauki wynosił 2500 dolarów, którą mogłem pokryć z własnej kieszeni, zbierając arbuzy, malując domy i pokrywając smołą dachy.

Teraz jestem w stanie opłacić szkołę córki, ponieważ pracowałem na Wall Street dwadzieścia lat. Nigdy nie zebrałaby wystarczającej ilości arbuzów, aby zapełnić tą studnię bez dna, jakim są teraz koszty czesnego. Tym bardziej nie pomoże zbieranie komosy ryżowej czy jarmużu.

Moja najstarsza córka wkracza w etap szkolnictwa wyższego w następnym roku. Koszt jej nauki wyniesie mnie ponad 25 tysięcy dolarów za rok, jeśli wybierze uniwersytet państwowy. To jest najtańsza opcja, która dziesięciokrotnie przewyższa to, co ja płaciłem. Korygując o inflację, daje to nam pięciokrotnie droższe czesne od mojego.

Mój przypadek względnie nie odbiega od normy. Przez ponad ostatnie trzydzieści lat, koszty edukacji wzrosły trzysta procent, biorąc pod uwagę inflację.

Nie ma już dorywczej pracy na lato, która sfinansowałaby taką kwotę. I jest to istotna bariera do przeskoczenia. Trzydzieści lat temu, nie było czegoś takiego. Mogłeś pracować dorywczo latem lub na zmiany nocne i dzięki temu opłacać studia bez zaciągania kredytu. Teraz nie możesz. Bo nie masz też jak.

Patrząc na nadesłane cv, pełno w nich darmowych staży, czy płatnej pracy u rodziców w firmie. Praca dająca szansę na opłacenie szkoły? Teraz to jest niewykonalne. I postrzegane jako marnotrawstwo. Potrzebujesz cv z prawdziwego zdarzenia, a nie wysmarowania byle jakiego życiorysu z pracą fizyczną na czele.

Rezultat? Tylko dzieci bogatych rodziców, tak jak moja córka, mogą sobie pozwolić na wybór szkoły wyższej. Lub ci młodzi ludzie, którzy chcą się zadłużyć przed dwudziestką. Zdecydowanie zbyt mało jest pomocy dla młodych talentów, którzy z dostatecznym wsparciem mogą otrzymać dobre stypendium.

Podwójna kombinacja zwiększonej potrzeby zdobycia dyplomu uczelni wyższej, najlepiej z prestiżowej instytucji za absurdalną kwotę jest właśnie tym jednym lub dwoma ciosami najbardziej odczuwanymi przez dzieci z biednych rodzin.

Daje im to bardzo ograniczoną i bardzo kosztowną możliwość podążania popularną drogą wiodącą do wyidealizowanego wizerunku Ameryki, American Dream (czyli czytaj: bogactwa). Wybierz najbardziej prestiżową uczelnię, zadłużając się przy tym po uszy.

Przy tym nie ma tutaj właściwie miejsca na błędy, tak jak jak to określa merytokracja – od urodzenia. Ścieżka kariery praktycznie zawsze wiedzie przez dobrą szkołę podstawową, średnią i szkoły wyższe. Wybór ten wymaga pewnych poświęceń, na co stać większość młodych. I wsparcia, które ma natomiast niewielu. Są tacy którzy mogą się przebić. Ci, których rodzice są zdeterminowani, żeby pomóc swojemu dziecku do najwcześniejszych lat. To oni otrzymują stypendia.

Są wyjątkami.

Dzieci z biednych rodzin zmagają się z tyloma przeciwnościami losu od najmłodszych lat, że dostanie się do prestiżowej szkoły to dla nich dalekosiężny cel. Dla nich wybór szkoły i jej koszty to główna bariera, zatrzymująca ich dalsze kroki na ścieżce kariery. Kto na tym zyskuje? Młodzież pochodząca z dobrych domów, z dobrym wykształceniem i odpowiednią grupą wsparcia. Tak jak moja córka. I tak jak inne dzieci rodziców związanych z Wall Street.

Advertisements