Bezwzględny świat funduszy hedgingowych

My translation of an article on Inside the Ruthless and Camera-shy World of Hedge Funds written by Chris Arnade. Originally published on Sunday, 8 June 2014, 16.00 BST.

Unikający rozgłosu i bezwzględny świat funduszy hedgingowych

Były trader Wall Street dzieli się wspomnieniami o tajemniczych ikonach finansjery i tym jaki wpływ mają pieniądze na nasze ego.

Po przeczytaniu artykułu z New York Magazine o Steve Cohenie, miliarderze i założycielu funduszu hedgingowego SAC Capital, przypomniały mi się dwie rzeczy: Steve nienawidził rozgłosu i wręcz uwielbiał gdy wszyscy się go bali.

Takie zachowanie nie jest rzadkością na Wall Street, gdzie lepiej być znienawidzonym i bogatym, niż uwielbianym i znanym.

Taki jest porządek w świecie finansów: im większym ważniakiem jesteś, tym mniej potrzebujesz, aby cię uwielbiano. I tym mniej potrzebujesz sławy.

Na samym szczycie piramidy Wall Street są szefowie funduszy hedgingowych, miliarderzy tacy jak Steve Cohen. Ikony rynków, znani z tego, że unikają rozgłosu.  Umiejętność i chęć pozostania w cieniu, jest sygnałem pokazującym, jak ważni są w całej tej hierarchii.

Wszelaka sława pospolita? To jest ten paskudny efekt uboczny bycia bardzo bogatym, kiedy to kategoryzują cię tak samo, jak gwiazdki z telewizji. Ważniacy z Wall Street tacy nie są, a przynajmniej siebie za takich nie postrzegają.

Taki rodzaj sławy jest traktowany jak wysypka, którą trzeba leczyć. Jak to zwykle na Wall Street bywa, zapobieganie temu kosztuje. Więc Steve Cohen próbował wykupić prawa autorskie do swoich zdjęć, aby ograniczyć ich ilość. To nie jest zwariowany pomysł jednego człowieka.

Wiele ikon Wall Street podejmuje podobne kroki. Zwłaszcza szefowie funduszy hedgingowych. Uciekają od kamer, wywiadów, a zwłaszcza jak najdalej od plotkarskiej prasy. Niesprzyjające wiadomości, zdjęcia nie takie jak trzeba – albo są kupowane za pieniądze, albo ścigane prawnie.

Niesmak do sławy przemienia się często bezwarunkowo w dyskrecję, zwłaszcza jeśli chodzi o najważniejszą obsadę funduszy hedgingowych.

Jeśli powszechna rozpoznawalność oznacza słabość, to umiejętność pozostania w cieniu postrzegana jest jako sukces. Prawdziwi mistrzowie rynku nie potrzebują niczyjej pomocy. Są w stanie pojąć wszystkie sekrety ukryte we wściekłym miganiu wskaźników na monitorze, odnaleźć ukryty ład w chaosie, zamieniając go przy tym w żyłę złota. Jeśli jesteś przekonany, że posiadłeś wiedzę, której nie mają inni, to idiotyzmem byłoby rozpowiadać o tym na prawo i lewo. Znacznie lepiej jest pobierać wysokie opłaty za udział w zyskach, osiągniętych dzięki twojej wyjątkowej wiedzy.

A co z tymi udzielającymi porad inwestycyjnych w telewizji? To albo głupcy, którzy nie mają o niczym pojęcia i udają, że wiedzą wszystko, albo głupcy posiadający jakąś tam wiedzę na ten temat, dzielący się swoimi odkryciami za darmo. Tak czy inaczej, to głupcy.

Gdy chcesz chronić swoją bezcenną wiedzę, atmosfera strachu okazuje się być pomocna. Steve został opisany w artykule z New York Magazine następująco:

Na parkiecie giełdowym Cohen był agresywnym, nie bawiącym się w sentymenty potworem, narzucający swoją wolę, zdobywający wszystko co tylko mógł, słownie ubliżając każdemu kto popełnił błąd.

Takie domniemane agresywne zachowanie Cohena jest normą na Wall Street. Traderzy wręcz uwielbiają nawrzucać to i owo innym traderom. Jest to nawet postrzegane jako pewien element sukcesu. Jestem bogaty; wiem dosłownie wszystko. Bycie uprzejmym? Nie zawracam sobie takimi bzdurami głowy.

Ten sposób myślenia jest też rezultatem tego, że często przegrywasz. Nawet najlepszy trader traci czasem 45 procent czasu, pokonany przez rynki; to przypadkowe liczby, tutaj nie ma miejsca na litość. Fakt, że obrywasz tak codziennie, co tydzień, co miesiąc, odciska na tobie piętno. Jeśli nie możesz przechytrzyć rynku, wyżyj się na osobie, która ma pecha nawinąć ci się pod rękę.

Gdy pracowałem na Wall Street to postępowałem tak samo, opieprzając każdego kto wszedł mi w drogę w kiepskim na to momencie. Podjąłem błędną decyzję. A teraz dajcie mi kogoś, komu mógłbym udowodnić, że to ja mam rację. Trzeba podbudować swoje ego.

Ikony rynków Wall Street być może nie pragną sławy, ale chcą niektórych przywilejów z tym faktem związanych: najlepsze miejscówki, najlepsze restauracje, dostęp do strefy specjalnej, członkostwo w najbardziej ekskluzywnych klubach. Osiągają te cele przez ich zakup. Wszystko kosztuje, a Wall Street uwielbia to udowadniać. Potwierdza to ich sposób postrzegania świata: pieniądze to najważniejsza rzecz.

Jedno z moich pierwszych biznesowych spotkań na Wall Street, było spotkaniem z super bogatym klientem. Gościem z majątkiem rzędu tysięcy milionów dolarów. Miał za sobą długą ścieżkę kariery pełną sukcesów. Nalegał na obiad w godzinach wieczornych w najbardziej ekskluzywnej restauracji Nobu, wtedy nowo otwartej, gdzie rezerwacja miejsca graniczyła z cudem.

– Wszystko jest możliwe, jeśli tylko wiesz, ile trzeba za to zapłacić – zaśmiał się nasz klient na stwierdzenie mojego kolegi po fachu, że zdobycie stolika nie będzie możliwe.

Już od samego wejścia widać było, że to miejsce przeżywa najazd celebrytów. Rzędy czarnych limuzyn, pracujących na jałowym biegu, kanciastych SUVów i kierowców, potężnie zbudowanych Rosjan, siedzących za kierownicą tychże wozów.

Grupka znacznie mniej uprzywilejowana, wyczekująca godzinami na byle jaki stolik, czaiła przy drzwiach. Klient mojego banku minął ich i podszedł do właściciela, wyręczając mu plik banknotów, załatwiając nam najlepsze miejsce. Nasz stolik był otoczony śmietanką towarzyską samego Manhattanu. Byliśmy nieznajomymi, wpraszającymi się na imprezę. Dla tego klienta ważne było nieustanne przypominanie nam i kelnerowi, że błędnie postrzegamy go jako kogoś zwyczajnego. A przecież był kimś. Kimś, kto wie lepiej, nie szukając przy tym rozgłosu.

– Patrzcie na nich – wskazał na kilka gwiazd kina, siedzących niedaleko nas – muszą podpisywać kawałki papieru jakie podsuną im osoby, cierpiące prawdopodobnie na choroby zakaźne jak gruźlica – po czym zasugerował, że zamówimy wszystko co mają dostępne w tym legendarnym lokalu. Żartem. To znaczy, tak myślałem.

Ostatecznie do zamówienia nie doszło, ale dało się wyczuć, że podobne deklaracje od klienta w przeszłości żartami nie były. Spójrzcie na mnie, zdawał się mówić – no dobra, nie gapcie się aż tak, ale miejcie na uwadze mnie i moją forsę.

Ostatecznie dla każdego tradera na Wall Street, szefa funduszu hedgingowego nadejdzie koniec pasma sukcesów. Szczęście przestanie im sprzyjać. Sekret który uczynił ich wyjątkowymi, zostanie odkryty. Lub dopadną ich członkowie organów nadzorczych, węsząc za ich plecami, podważając tajne informacje, lub szufladkując te dane jako szkodliwe.

Rynki będą zwyciężać. Zawsze tak jest. I w tym zwycięstwie nie ma nic ze wspaniałomyślności.

Ego ikon Wall Street na tym ucierpi, ponieważ kształtowało je latami przeświadczenie, że można przechytrzyć rynek. Ego nie potrzebuje sławy czy uwielbienia.

W tej sytuacji to pieniądze dają pocieszenie. Kiedy dla mistrzów Wall Street skończy się etap życia w ukryciu i strachu, to wtedy mogą otoczyć się w spokoju pieniędzmi.

Mogą stać się wtedy właścicielami zespołów sportowych, kolekcjonować sztukę nowoczesną, czy wspomagać potrzebujących. Wreszcie są w stanie wkupić się w społeczną akceptację

Iść do telewizji? Nie, to jest nadal źle widziane.

Advertisements