Loteria podatkiem od głupoty?

My translation of an article entitled The Powerball Lottery: Is It Really a Stupidity Tax? written by Chris Arnade. It was originally published on the Guardian website on Sunday, 16 February 2014 at 12.30 GMT.

Czy loteria Powerball jest rzeczywiście podatkiem od głupoty?

Branie udziału w loterii jest postrzegane przez większość jako wyrzucanie pieniędzy w błoto. Chodzi jednak o to, że biedni nie mają zbyt wielu prawnych możliwości, pozwalających na dołączenie do grona bogatych.

– Czy oni naprawdę nie widzą tego, jaką głupotą jest wydawanie na loterię? Nie wiedzą, że wyrzucają swoje pieniądze w błoto? To jest podatek od głupoty – powiedział bankier zajmujący biurko obok mnie dekadę temu.

Był zły na to, że jego rodzinne miasto Greenwich w stanie Connecticut, przeżywało najazd przyjezdnych z Nowego Jorku (zwłaszcza tych z biedniejszych dzielnic, jak Bronks), przybywających tam masowo po to, aby nabyć kupony na loterię Powerball.

To były wczesne lata 2000 i najwyższa wygrana na tej loterii osiągnęła ponad 50 milionów dolarów. Ładna suma jak na tamte czasy. Nowy Jork miał dopiero dołączyć (tak się stało w 2010 roku), więc najbliższym miastem gdzie mieszkańcy Bronksu i nowojorczycy mogli nabyć losy, było właśnie Greenwich, tuż przy granicy stanu.

Loteryjne szaleństwo znów zagościło w wiadomościach, ponieważ najwyższa wygrana sobotniego losowania wyniosła 330 milionów dolarów.

Wielu pracowników Wall Street, tak jak mój kolega, mieszkają w Greenwich z powodu bliskiej lokalizacji. Pomaga tutaj także fakt, że Connecticut ma niższe podatki niż Nowy Jork. To są powody dla których to miasto stało się siedzibą największych na świecie funduszy hedgingowych. Co za tym idzie, jest to jedno z najbogatszych miast w Stanach Zjednoczonych, ze średnią dochodu rodziny wynoszącą 168 tysięcy dolarów.

Greenwich zaczęło przeżywać oblężenie. Ludzie przyjeżdżali do tego miasta, chcąc kupić losy na loterię. Kolejki ciągnęły się na długość kilku przecznic przy kilku sklepikach, gdzie można było zagrać w Powerball. Zatłoczone pociągi podmiejskie. Na drogach korki, gdzie zaroiło się od samochodów z nowojorskimi tablicami. Mieszkańcy Greenwich nie byli szczęśliwi z powodu tego napływu chętnych do wzięcia udziału w loterii. Niektórzy twierdzili nawet, że to powinno zostać zabronione w ich mieście.

– Z matematycznego punktu widzenia, nie ma logiki w wydawaniu pieniędzy na loterię – celnie zauważył mój kolega zza biurka obok.

Szanse wygranej dla poszukiwacza szczęścia na loterii są tak małe, że może być to postrzegane jako wyrzucanie pieniędzy w błoto. Prawdziwa wartość zakupionego losu za całego dolara jest często tak niska jak 32 centy, ponieważ reszta z tej sumy idzie bezpośrednio w postaci zysku dla sprzedawców. Ta wysoka marża zysku jest powodem dla których rządzący stopniowo nastawiali loterie tego typu jak Powerball na zbiórkę pieniędzy, niż na zastosowanie wyższego podatku bezpośredniego.

Określenie loterii jako „podatku od głupoty” odbiło się echem na Wall Street. Fakt, że wiele mieszkańców Bronksu, gdzie średni dochód na rodzinę to 32 tysiące dolarów, dobrowolne marnowało na to pieniądze, wpasował się do ogólnego wyobrażenia: biedni dokonują złych wyborów. Jest to łagodniejsza forma określenia „biedni są głupi”.

Ale ja widzę to inaczej. Mieszkańcy Bronksu, kupujący losy na loterię nie byli głupsi od tych, którzy naśmiewali się z ich decyzji. Grają w loterię, ponieważ jest to jedyna zgodna z prawem droga dająca im możliwość stania się bogatym. Kiedy nie masz pieniędzy to podejmujesz decyzje uznawane przez wielu jako irracjonalne nie z powodu „głupoty,” ale z powodu ograniczonych możliwości. Rozsądek należy łączyć z sytuacją.

Bogaci mają wiele prawnych możliwości zarabiania pieniędzy, bez potrzeby gry na loterii. Mogą ukończyć edukację w najdroższych i najlepszych szkołach bez zadłużania się przy tym, z cv otwierającym im drogę do karier w miejscach takich jak Silicon Valley lub Wall Street. Często dzięki możliwościom posuniętym im pod nos, bogaci mogą zainwestować swoje oszczędności. Mają też oni znacznie łatwiejszy dostęp do kredytów dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Dorastając w biedzie, nie można łatwo pożyczyć pieniędzy. A już na pewno nie od rodziny. Można zdecydować się na szkołę wyższą, ale w większości przypadków kończy się ją, tonąc w ogromnym studenckim długu, który blokuje wiele możliwości na samym starcie. Więc pozostaje gra na loterii, gdzie w tych nielicznych przypadkach istnieje szansa zostania bogatym. To jest nikły promyk nadziei za cenę kilku dolarów; cenę która i tak już jest zbyt wygórowana.

Osobiście nie gram na loterii. W tym czasie dokonywałem transakcji, obracając pieniędzmi banku inwestycyjnego, jednego z większych na Wall Street. Wtedy zainwestowałem 350 milionów dolarów w Brazylię i Argentynę. Ta kwota została mi pożyczona przez bank inwestycyjny, dla którego pracowałem. Z kolei mój bank pożyczył te pieniądze od deponentów i inwestorów. Wielkość mojej transakcji była typowa, jak na tamte lata na Wall Street. Rezultatem tego wiele banków pogrążało się w długu, który osiągał niebezpiecznie wysoki poziom, jak na standardy z tamtego okresu.

Sądziłem, że moja inwestycja to była mądra i rozsądna decyzja. Uważałem, że los mi sprzyjał, zarabiałem pieniądze dla banku i oczekiwałem dobrej zapłaty za moje działania. Nawet jeśli byłem w błędzie to i tak musiało być dobrze. Strata pieniędzy na Wall Street rzadko szła w parze z osobistą stratą. Czułbym się z tym źle. Mogłaby mi grozić utrata pracy, ale znalezienie kolejnej nie byłoby takie trudne.

Wtedy w tamtych latach moja inwestycja w Brazylię i Argentynę okazała się trafiona. Dostałem za to dużo pieniędzy. Nie aż tyle ile wynosiła nagroda w loterii, ale była to wystarczająca suma, aby bardzo zadowolić mieszkańca Bronksu lub przeciętnego obywatela.

Kilka lat później doszło do katastrofalnego krachu na Wall Street. Nasze wspólne transakcje możliwe dzięki pożyczonym pieniądzom poszły źle, co z kolei doprowadziło na skraj upadku banki i gospodarkę. Bank inwestycyjny dla którego pracowałem, utrzymywał się na powierzchni tylko dzięki finansowemu wparciu otrzymanemu od rządu. Dzięki temu mogliśmy zatrzymać wynagrodzenia za naszą pracę. I nie zostaliśmy zwolnieni. Koszty kryzysu finansowego dla gospodarki Stanów Zjednoczonych były ogromne. W grę wchodziły straty trylionów dolarów. Oszacowano, że koszty poniesione przez przeciętną rodzinę w Stanach wyniosły pomiędzy 50000 a 120000 dolarów (pdf).

Ten kryzys finansowy nie zmienił zbytnio Wall Street. Parę przepisów prawnych przeszło przez system, ale znaczny nacisk świata finansjery osłabia ich siłę. Nie uległa zmianie przewrotna w naturze struktura wynagrodzeń, zachęcając dalej do nadmiernego ryzyka. Banki inwestycyjne są nadal zbyt duże, aby upaść.

Kiedy nadejdzie kryzys – jak to leży w naturze rynków – i nastąpi krach, rząd zrobi jedynie sensowną i możliwą rzecz – wkroczy do akcji, ochraniając instytucje finansowe przed upadkiem. Znów posłuży się pieniędzmi podatnika. Gospodarka ponownie ucierpi i przeciętna rodzina znów poniesie koszty za ten bałagan.

Bankierzy nie poniosą za to zbytniej odpowiedzialności. Nie osobiście. To jest prawdziwy podatek od głupoty, za który wszyscy płacimy.

Advertisements