Problemy z etyką na Wall Street

My translation of an article on A Former Trader Explains How He Used to Mess With Japanese Clients: Here’s Why Wall Street Has a Hard Time Being Ethical, written by Chris Arnade. It was published on 26 November 2013, at 10:40 AM.

Były trader wyjaśnia, jak manipulował klientami z Japonii: oto powód, dla którego Wall Street ma poważne problemy z etyką

1993 był moim pierwszym rokiem na Wall Street. Zapłacono mi czternaście razy więcej od sumy, jaką zarobiłem w roku poprzednim, co też trzykrotnie przewyższało najlepszy rok obrotowy mojego ojca. Za te pieniądze pomagałem mojej firmie tworzyć instrumenty finansowe, które miały za zadanie wyglądać prosto, jednak wymagały skomplikowanych umiejętności matematycznych, aby je poprawnie zrozumieć. Podczas mojego pierwszego roku pracy zostałem jednomyślnie pochwalony przez moich szefów. Ich zdaniem byłem bystry, i ku mojemu zaskoczeniu, poza moją pensją dali mi premię w wysokości 20 000 dolarów.

Instrumenty, które pomagałem stworzyć, były sprzedawane pokaźnej grupie inwestorów. Wielu z nich nie do końca wiedziało, co tak naprawdę kupuje. Tych nazywaliśmy „niezorientowanymi Japończykami”. Zyski dla mojej firmy były ogromne – sięgały setek milionów dolarów. Główny instrument finansowy, który dawał mojej firmie wielkie pieniądze przez blisko pięć lat, był określany w typowo finansowym żargonie jako YIF, Yield Indexed Forward.

Po jakimś czasie inwestorzy zmądrzeli, pojmując, że to co kupili było tak naprawdę skomplikowanym instrumentem finansowym z ukrytym długiem, najbardziej niebezpiecznym przy zachwianiach na rynku.

Nigdy nie spotkałem się z nabywcami; to należało do zadań kogoś innego. Trzymałem się zestawień finansowych. Moja praca polegała na wyciśnięciu jak największej wartości przy pomocy matematyki i przebiegłego tradingu. Z Japonii przychodziły do nas faksem dokumenty od konkurencji. Wielu z nich sprzedawało dużo bardziej wymyślne instrumenty finansowe, robiąc to na dużo większą skalę niż my. Rozmowa z naszymi japońskimi klientami kończyła się słowami: „nie możemy pozostać w tyle”.

Kiedy pytałem, dość naiwnie z mojej strony, czy to wszystko było zgodne z prawem, zapewniano mnie wielokrotnie, że wielu prawników i szefów wydało zgodę na te transakcje.

– Grasz teraz w pierwszej lidze – przypomniał mi starszy trader późną porą, próbując mnie pocieszyć. – Jeśli klient chce czerwony garnitur, taki a nie inny mu sprzedajesz. Jeśli klientem jest Japończyk, naliczasz mu za to podwójnie.

Sądziłem, że nasz zespół działał ostrożnie jak na standardy Wall Street. Staraliśmy się robić wszystko zgodnie z prawem. Nasze działania dotyczyły niepisanej „zasady pięciu punktów”: nie pozwól, aby twój zysk celowo przekroczył pięć procent na transakcjach klienta.

Konkurencja na rynku nie przejmowała się tą zasadą. Dorabiali się od siedmiu do dziesięciu procent zysku na każdej transakcji z klientem, sprzedając skomplikowane instrumenty finansowe nafaszerowane ukrytymi pułapkami. Sądziłem, że nadejdzie dzień, kiedy konkurencja zostanie za takie działania pociągnięta do odpowiedzialności, lub co najwyżej zostaną publicznie obsmarowani za naginanie prawa w ten sposób.

Nic takiego nie nastąpiło. Rzeczywistość była inna: mieli lepsze pensje, byli chwaleni za swoje ryzykowne działania, otrzymując za to wysokie premie; wszystko po to, aby zarządzali podobnymi przedsięwzięciami.

Dobra pensja pomogła zmniejszyć moje obawy. Hej młody, czujesz się winny? Proszę bardzo, dostaniesz duży czek. Pierwszy raz w moim życiu doceniono moje matematyczne umiejętności – te, które musiałem ukrywać przez całe dzieciństwo, żeby nie zostać zaszufladkowanym jako dziwak lub jajogłowy. Ego i pieniądze dobrze służą łagodzeniu potencjalnego poczucia winy.

Po kilku latach spędzonych na Wall Street stało się dla mnie jasne, że można zarabiać pieniądze na możliwości ogrywania wszystkich i wszystkiego. Im bystrzejszy byłeś, tym wymyślniej mogłeś naginać luki w prawie czy przepisach. Tym bardziej cię za to nagradzano. I tym bardziej zyskiwałeś sławę w świecie finansów. Nikt natomiast nie został za to ukarany.

To było tak, jakby przekroczyć limit prędkości o 127 kilometrów na godzinę, patrząc jak reszta wyprzedza, gnając 160, czy też 180, nie zostając przy tym zatrzymana.

Wall Street potakiwało i uprzejmie machało ręką na podjęte próby przystopowania ich działań przez organy nadzorujące. Każdy pracownik musiał przejść roczne szkolenia dotyczące zachowania zgodności z przepisami prawa. Na szkoleniu informowano nas o tym, jak przeciwdziałać mechanizmom prania pieniędzy, zmowie, wykorzystywania uprzywilejowanej pozycji wewnętrznych informacji do obrotu papierami wartościowymi i o tym, że należy sprzedawać tylko te instrumenty finansowe klientowi, które są dla niego odpowiednie.

We wczesnych latach 2000, to szkolenie przekształciło się w doroczną farsę, która sprowadzała się do wpisania na listę obecności i udziału w jednogodzinnym wykładzie w dużej sali. Każdy musiał raz przejść przez wysłuchanie pośpiesznie przedstawionej prezentacji i podpisanie oświadczenia. Patrząc na widownię, widziałeś bankierów w niebieskich dopiętych garniturach, pogrążonych w swoich telefonach Blackberry. Osiągnąłem zdumiewające wyniki w grze w kulki podczas takiego szkolenia któregoś roku. Jednak moje obowiązkowe szkolenie w tamtym roku było kompletne.

W 2007 poprzeczka idei etyki w edukacji spadła jeszcze niżej. Nie było już potrzeby pojawiania się na wykładzie i jedyne co trzeba było zrobić, to zalogować się i przerobić kurs online. Dla ciebie była to godzina przekopywania się przez slajdy, w trakcie której ślepo naciskałeś klawisz „dalej,” przy czym cała twoja uwaga była gdzieś indziej. Niektórzy szefowie byli zbyt zapracowani, aby zajmować się takimi bzdurami. Płacili nawet młodszym pracownikom, aby na ich komputerach przerabiali cały materiał za nich.

Wall Street rosło w siłę, napędzane przez niekontrolowaną kulturę podejmowania ryzyka, a traderzy rozzuchwalali się coraz bardziej. To samo było z korupcją, która stawała się coraz bardziej zdecentralizowana w systemie. W 2006 roku, poprzez sprawdzenie wewnętrznych działań każdej większej firmy, można było doszukać się nieprawidłowości.

Do czego też zabrali się przedstawiciele organów nadzorujących, ale dopiero po kryzysie w 2008 roku. Wynikiem tego jest cała masa skandali o przedziwnych nazwach będącymi skrótami od: LIBORfix, czyli ratingu referencyjnych wartości oprocentowania depozytów i kredytów na rynku międzybankowym w Londynie, wskaźnika FXfix na rynku walutowym Forex  i  ISDAfix, czyli ratingu Międzynarodowego Stowarzyszenia ds. Swapów i Derywatów.

Dla niewtajemniczonych brzmią one jak skomplikowane skróty terminologiczne, wygrzebane gdzieś z najciemniejszych zakątków Wall Street, postrzegane jako odstępstwo od normy. Które wcale nimi nie są. LIBOR, Forex, ISDA to główne czynniki świata finansów, część codziennego przepływu trylionów dolarów. Wielu uważa, że te skandale są niebezpiecznie blisko typowych działań biznesowych na Wall Street, toczących się w niedoprecyzowanej szarej strefie prawa.

Wyobrażam sobie autentyczne zdezorientowanie osób oskarżonych o skandale i pytanie, czemu padło akurat na nich. Robili po prostu to co inni, może tylko bardziej agresywnie i zbyt ryzykownie. Działali tak, jak ich nauczono: naginając prawo, robili wszystko co tylko mogli, aby prześcignąć konkurencję. W przeszłości byli chwaleni za podejmowanie ryzykownych działań, nie mam co do tego wątpliwości. Teraz stali się chłopcami do bicia. To jest cały paradoks głównych układów, których jesteśmy świadkami: po której stronie, tak naprawdę, leży odpowiedzialność? Tak, inni też mają w tym swój udział. Tak, banki powinny otrzymać za to kary. Ale ktoś powinien za ten proceder odpowiedzieć. Jednak osoby, które stały za tym tak naprawdę, nie zostały pociągnięte do odpowiedzialności. Szefowie, kierownictwo, dyrektorzy generalni finansowego biznesu. To oni są za to odpowiedzialni: ustanowili standard i ukształtowali kulturę tego miejsca. Wszyscy ważni świata finansjery, tacy jak Chuck Prince, Dick Fuld i Fred Goodwin. Wszyscy ci, którzy z zadowoleniem przewodzili takiemu zachowaniu na Wall Street i opływali w dostatek.

Należy ustanowić decyzje, które wcześniej nie były podejmowane, tak aby zapanować nad dzikim chaosem na Wall Street. Stanowiłyby one przypomnienie, że zasady są po to, aby je respektować, a nie łamać. Szefowie instytucji finansowych wiedzieli, co się dzieje. Zapytaj tych, którzy pracują w banku inwestycyjnym. Każdy ci to powie.

Przez długi czas akceptowaliśmy ignorancję jako wymówkę: że ci na szczeblu kierowniczym nie mogli nic o tym wiedzieć. To nie jest wystarczające. Ich niewiedza jest to dowodem jeszcze większej winy.

Artykuł pojawił się oryginalnie na stronie guardian.co.uk.

Advertisements